Kochać Polskę po transformacji ?


Michał Buchowski


Obecność transformacji
Na obszarze, rozciągającym się od Łaby po Żółtą Rzekę, jednym z najczęściej powtarzanych słów jest transformacja. W kółko tokują o niej ekonomiści, politycy, dziennikarze i uczeni. Żyjemy w zaczarowanym świecie transformacji, choć nie do końca wiemy, czym ona jest. Wbijanie nam do głów tej idei uczyniło ją oczywistą. Tymczasem transformacja znaczy tyle, co zmiana, która jest przecież niedłączną cechą życia społeczeństw i stanowi o ich historii. Czymże, jeśli nie olbrzymią transformacją, było zaprowadzenie socjalizmu w Europie Wschodniej, a następnie ewolucja systemu od totalitarnego przez autorytarny po rozchybotany i upadający. Nie myślimy jednak o epoce socjalizmu jako o transformacji. Co zatem sprawia, że postrzegamy się jako pokolenie żyjące w Transformlandzie? Transformacją zwykło się określać szczególne przekształcenia w szczególnym okresie najnowszej historii  Polski i państw postkomunistycznych. Osobliwość bieżących przekształceń polegać ma na przejściu od gospodarki reglamentowanej do wolnorynkowej i od autorytaryzmu do demokracji. To systemowy charakter przeobrażeń stanowi o ich wyjątkowości, zaś powszechna zgoda co do tego faktu, powtarzana przez nas w mediach, szkole, domu i na podwórku czyni zeń rzekomo niepodważalna prawdę. Dla zwykłych ludzi taka Transformacja ma swe cienie i blaski. Dla jednych to niepokój o miejsce pracy i bezpieczeństwo socjalne, dla innych kariera zawodowa i godziwy standard życia. Pomijana istota ostatnich przemian tkwi również w epizodach życia, w tym, że gonimy czas, nie palimy papierosów w naszych domach, włóczymy się po galeriach handlowych, chodzimy do prywatnych szkół, pijemy mniej alkoholu, jemy mandarynki nie tylko od święta, dojeżdżamy do pracy samochodem, jeździmy „na saksy” jak ongiś na wykopki...

Upadek komunizmu wyznacza początek tak rozumianej Transformacji. Kiedy jednak przeistoczymy się na tyle, by triumfalnie ogłosić jej ostateczne spełnienie i zarazem początek Nowej Epoki? Ideolodzy Transformacji powiedzą, iż jej kres to powrót do „normalności”, choć tej ostatniej nie sposób zdefiniować. Nie ma bowiem wzorcowego ustroju ani końca historii. Życie toczy się dalej stale się przekształcając, a wraz z nim przeistaczamy się my. Lecz to My sami jesteśmy sprawcami zmian i od Nas zależy ich kształt. Któregoś dnia uznamy pewnie, iż Transformacja dobiegła końca, lecz nie będzie to oznaczać kresu czegokolwiek, albowiem transformacja nas, w nas i wokół nas, jest zawsze obecna.

---

Prezentowany album Mariusza Foreckiego stara się owe przemiany życia ostatnich lat uchwycić. Jest to dokumentalna opowieść fotografika. Chwyta on momenty, których często nie zauważamy lub które – gdyby nie jego obiektyw – na zawsze odeszłyby w niepamięć. Z jednej strony jest to próba jakby afirmująca to, co się wokół nas dzieje, a z drugiej ironiczna i refleksyjna. Zawsze jednak przedstawiająca Polskę jako miejsce i ludzi, których się kocha. Nie chodzi przy tym o wielkie hasła patriotyczne, lecz o wyrażenie fascynacji tym, co nas otacza, co rozumiemy, co pojmujemy  w oka mgnieniu, w czym i z czym czujemy się dobrze i co chcemy komentować, ponieważ jest to bliskie naszemu sercu. Tylko tyle i aż tyle. Polska jest w tym albumie studium przypadku, ilustrującym relację wrażliwego człowieka wobec otaczającego go świata. Napisać słowa komentarza do spojrzenia artysty nie jest łatwo. Sądzę, że najbardziej odpowiednie i przystające do formuły albumu, a jednocześnie jego treści będzie przybliżenie kilku charakterystycznych punktów dzisiejszego polskiego bycia w świecie, rzucenie światła na kilka elementów, współokreślających naszą kondycję. Można by wyróżnić więcej takich wiodących wątków, lecz tutaj skupię się tylko na trzech: relacji do Europy, darze wolności i stosunku do ‘Innego’. Każdy z tych tematów traktuję luźno i punktowo, tak jakby to były obrazy, powstałe na kanwie zdjęć, które można znaleźć w tej książce.  Mit Europy

Od Europy, odmienianej na wszelkie możliwe sposoby, aż roi się w naszych dyskusjach, w publikatorach, w reklamach. Powód tej popularności jest oczywisty: historyczne wydarzenia, w których wszyscy bierzemy mniej lub bardziej czynny udział od czasu wejścia do Unii Europejskiej, poprzedzonego ogólnonarodowym referendum, to wszystko fakty, które poruszają wyobraźnię. Z dnia na dzień weszliśmy do wspólnoty narodów, która rozciąga się od Bugu po Atlantyk i od Morza Północnego po Cypr. Rzecz to ma być o Europie i naszej europejskości, ale zacząć chcę od Hawajczyków i kapitana Jamesa Cooka.

W trakcie swej podróży dookoła świata w styczniu 1779 roku przyżeglował Cook ze swą małą flotyllą do zatoki Kaelakekua na Hawajach. Został wspaniałomyślnie i gościnnie przywitany przez tubylców, po czym w trakcie krótkiego pobytu na wyspie jego marynarze zakosztowali wszelkich uroków egzotycznego raju. Wkrótce jednak nadeszła chwila pożegnania i załoga Cooka odpłynęła w pokoju syta, szczęśliwa i pełna wrażeń. Pech jednak chciał, że wkrótce potem główny maszt na statku Cooka złamał się. Chcąc nie chcąc, zawrócili więc do gościnnej zatoki by go naprawić. Ku zaskoczeniu europejskich żeglarzy uprzednia hojność Hawajczyków zmieniła się nagle we wrogość. Wywiązała się zbrojna utarczka, w trakcie której kapitan Cook, ugodzony nożem w plecy, zginął. Tubylcy godnie obeszli się z jego zwłokami, oddając im nawet sakralną cześć należną bóstwom, po czym zwrócili ciało przerażonym przybyszom. Jak przekonuje amerykański antropolog Marshall Sahlins, znawca Polinezji i Hawajów, a zarazem jeden z wybitniejszych teoretyków kultury współczesnej, gwałtowna zmiana zachowania ‘dzikich’ nie była zwykłym kaprysem. W momencie przypłynięcia Cooka Hawajczycy obchodzili doroczną ceremonię, poświęconą bogowi Lono, który zgodnie z ich wierzeniami miał przypłynąć na statku (w końcu pośrodku Pacyfiku pływanie na statkach nie jest niczym szczególnym). Ten zbieg okoliczności sprawił, że Cooka powitano jak boga. Jednakże po uroczystościach jemu poświęconych bóg powinien odpłynąć, co nasz bohater uczynił, i nie wracać prędzej niż za rok. Zjawiając się nagle, przybysze zadziałali wbrew mitycznemu scenariuszowi, co spowodowało, że z gości przekształcili się w intruzów. Wstrząsnęli tym samym strukturą mityczną, która zresztą dopasowana była do lokalnych stosunków władzy. Bóg Lono reprezentował w pierwszym rzędzie podbitą warstwę ludności i powrót jego wcielenia w ludzkiej postaci potraktowany został przez klasę rządzącą jako zagrożenie dla jej dominacji. Dlatego Cook zginął albo nawet musiał zginąć. Tak nakazywał bowiem mit. Cóż, do diaska, mają wspólnego Cook i Hawaje sprzed dwóch i ćwierć stuleci z mieszkańcami Polski na początku dwudziestego pierwszego wieku? Otóż utrzymuję, że polskie ‘tak’ dla Unii Europejskiej jest w znacznej mierze nie wynikiem racjonalnego wyboru, lecz – analogicznie jak w przypadku  Hawajczyków w momencie ich spotkania z Cookiem – realizacją mitu, który obecny jest w narodowej świadomości od wielu pokoleń i powtarzany w nieprzebranej ilości dyskursów: w codziennych rozmowach i w tradycji ustnej, w literaturze i poezji, w podręcznikach szkolnych, w niepisanej quasi-mitycznej historii. Mit ten dotyczy miejsca Polski i jej mieszkańców na mentalnej mapie świata. Podkreślam, mentalnej, wyobrażeniowej, a nie geograficznej w ścisłym tego słowa znaczeniu, bo zgodnie ze szkolną geografią byliśmy (przynajmniej od czasów pamiętanych przez kronikarzy i rekonstruowanych przez archeologów i historyków), jesteśmy i w przewidywalnej przyszłości będziemy mieć swą główną siedzibę na kontynencie zwanym Europą. Integracja europejska to akt poświadczający bycie polskiej ‘wspólnoty wyobrażonej’ w Europie, w ‘rodzinie europejskich narodów’. Dopiero wejście do Unii Europejskiej, która na mocy utartych schematów myślowych utożsamiana jest z Europą jako taką, staje się urzeczywistnieniem głęboko zakorzenionej ‘struktury długiego trwania’, jak powiedzieliby przedstawiciele francuskiej ‘nowej historii’. Jakie elementy składają się na ów mit, za który tak wiele pokoleń walczyło i składało nieraz ofiarę życia? Ikona mityczna jest złożona i wielowarstwowa, niemniej niektóre jej elementy rozpoznać dość łatwo. W tym wyobrażeniu Polska przez wieki funkcjonowała przecież jako antemurale christianitatis, przedmurze chrześcijaństwa. To My! broniliśmy chrześcijańskiej Europy przed Mongołami, Tatarami i Turkami. Któż, choćby z lekcji historii, nie pamięta obrazu Jana III Sobieskiego gromiącego pod Wiedniem ‘pogańskich’ muzułmanów w 1683 roku? Czyż Pan Wołodyjowski nie walczył z hordami na Dzikich Polach i janczarami w Kamieńcu Podolskim? To również My! obroniliśmy Europę przed zalewem bolszewickiej zawieruchy. Cud nad Wisłą był wspólnym dziełem Opatrzności i ‘Chrystusa Narodów’. Dalszym elementem tego wyobrażenia jest obraz nas samych jako obrońców zachodniego chrześcijaństwa przed prawosławną i zarazem ‘azjatycką’ Rosją. To My! jesteśmy przecież przyczółkiem Zachodu oblewanym przez dzikie fale Wschodu, twierdzą cywilizowanego Okcydentu, stającego twarzą w twarz z barbarzyńskim Orientem. Kulminacją tego pro-europejskiego procesu było przecież obalenie przez Nas! komunizmu, przyniesionego na bagnetach ‘krasnoarmiejcow’, którzy o wartościach europejskich nie mieli pojęcia, życie ludzkie mieli za nic i nawet technologiczne wynalazki w rodzaju roweru lub zegarka były im obce. To między innymi tego rodzaju wyobrażenia mityczne, obecne w naszej zbiorowej, narodowej świadomości, kierowały nami w momencie, gdy głosowaliśmy na ‘tak’ dla Unii Europejskiej, czyli w istocie – i jak wspomniałem w wyniku kontaminacji – dla Europy. Mit stał się rzeczywistością. Jednocześnie coś, co wydaje się tak mało realnym wyobrażeniem, fikcją, mitem właśnie, ujawnia swą ziemską, realną moc. Kapitan Cook musiał zginąć. My musieliśmy się znaleźć w Europie. Mit napisał nam scenariusz, a my byliśmy jego bezwolnymi wykonawcami. Na nic pozory, że każdy z nas podejmował sam przemyślaną decyzję. Zanim przejdę do jakiegokolwiek uzasadnienia tego poglądu, jedna jeszcze rzecz wymaga komentarza. W naszej niezłomnej wierze, że jesteśmy zbawicielami cywilizacji europejskiej, nie jesteśmy osamotnieni. Podobne przekonanie żywią, idąc od południa, Grecy, którzy nie tylko przetrwali nawałnicę osmańską, ale byli i są kolebką kultury i nauki całego świata Zachodu. Bułgarzy, Serbowie i Macedończycy stawiali zawsze czoła tureckiej opresji, grożącej przez wieki Europie. Chorwaci i Węgrzy, nie dość, że walczyli z muzułmanami, to jeszcze przeciwstawiali się prawosławiu, mającemu swą kolebkę w Bizancjum. Austriacy i Włosi, reprezentowani choćby przez dzielnych Wenecjan, nie tylko odpierali ataki islamu i ortodoksów, ale i barbarzyńskich Słowian... I tak w nieskończoność, aż do Półwyspu Iberyjskiego, przed którym to domino mogłoby się kończyć, gdyby nie fakt, że to przecież dzielni obrońcy prawdziwej wiary przepędzili Maurów, wyznawców Mahometa, a potem i Żydów, wyznawców Jahwe. Jak widać kandydatów do europejsko-chrześcijańskiego Virtuti Militari nie brakuje. Aż dziw bierze, że tyle narodów w Europie wzbrania się przed wprowadzeniem zapisu o tradycji chrześcijańskiej do konstytucji europejskiej.

Czas na obiecaną argumentację. W potoku dyskusji o Europie, europejskości i wyniku referendum wszyscy chyba komentatorzy pominęli jeden ważki szczegół. Otóż, jeśli spojrzy się na opinię mieszkańców Polski (celowo nie mówię Polaków, albowiem oprócz nich przedstawiciele innych nacji też w tym kraju mieszkają - u nas i u siebie zarazem, o czym wielu zdaje się zapominać) na temat korzyści płynących z integracji europejskiej, większość wypowiada się w tym względzie negatywnie lub sceptycznie. Nie mam zamiaru przytaczać szczegółowych danych, lecz starczyło przyjrzeć się jakiemukolwiek badaniu opinii na ten temat prowadzonych przez ogólnie znane centra badawcze, by się przekonać się, że zazwyczaj połowa zapytywanych uważała, zarówno przed jak i po referendum oraz przed i po 1 maja, iż wejście do Unii będzie bardziej korzystne dla krajów Unii niż dla Polski. Tylko co dziesiąta osoba myślała, że przyłączenie się do UE będzie bardziej korzystne dla ‘nas’ niż dla ‘nich’, a jedna czwarta - iż równie korzystne dla obydwu stron. Również w perspektywie indywidualnej, tylko co trzeci obywatel RP uznawał, że bycie w UE będzie dla niego korzystne, lecz tylu samu uważało, że będzie ono dlań niekorzystne, zaś co piąty - że korzystne bardzo umiarkowanie. Inaczej jeszcze, czterech na dziesięciu naszych ziomków myślało pesymistycznie o polskim byciu w ‘Europie’, ciut więcej optymistycznie, zaś mniej więcej co siódma osoba nie ma co do tego wyrobionego zdania. Wiem, że takie dane nużą, lecz są one niezbędne dla postawienia kroki nad ‘i’’. Jeśli tylko dwie piąte uprawnionych do głosowania było przekonanych, że w Unii będzie nam jako zbiorowości lepiej, jeśli tylko jedna trzecia sądzi, że im jako jednostkom będzie lepiej, to dlaczego niemal czterech z pięciu (dokładnie 77.45%)  spośród nas głosowało za tym, by jednak do Unii Europejskiej wejść? Znaczy to, że duża część (w zależności od tego jakie dane uwzględnimy, tak mniej więcej między jedną trzecią a dwoma piątymi) tzw. racjonalnych, kalkulujących i ważących wszystkie za i przeciw, świadomych i racjonalnych istot żyjących między Odrą a Bugiem i Tatrami a Bałtykiem, postąpiło wbrew własnemu rozsądkowi. Miliony ludzi działały więc niezgodnie z tym, co im rozum podpowiadał. I dobrze, bo w ich pozornie irracjonalnej postawie nie było nic irracjonalnego. Czy istnieje jakieś wytłumaczenie tego paradoksu? Oczywiście uwzględnić trzeba dodatkowe okoliczności, jak choćby masową kampanię reklamową, namawiającą do głosowania ‘za’, otwarte poparcie dla integracji, wyrażone przez ‘polskiego’ papieża, przekonanie, dość hipotetyczne, że jeśli nie dla nas, to dla przyszłych pokoleń będzie to ‘bycie w Europie’ korzystne. Niemniej twierdzę, że działanie mitu Polski jako immanentnie przynależnej do Europy miało i ma swe istotne znaczenie. To dzięki mito-logice, tej samej w swym mechanizmie, która kierowała Hawajczykami w osiemnastym wieku, jesteśmy dziś w Unii Europejskiej. W tym szaleństwie kryje się sens, tylko nieco inny od tego, o jakim mówią uczeni, polegający na swoim ‘szkiełku i oku’. Społeczeństwa i reakcji społecznych nie da się sprowadzić do tabelek i rządków cyferek, poukładanych w formalne schematy. Społeczeństwo to ludzie, uwikłani w swoje codzienne działania, podzielający stereotypy, noszący w sobie pamięć zbiorową, zanurzeni w mito-historię. Na nic zdadzą się wyjaśnienia tych, którzy - parafrazując jednego z czołowych twórców naszej narodowej mitologii, Adama Mickiewicza - ‘martwe znają prawdy, nieznane dla ludu, widzą świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce, nie znają prawd żywych, nie obaczą cudu’. W naszym spojrzeniu na świat, również na to, co robimy na codzień i na to, co nas otacza, co wydaje się oczywiste, a czasem jednocześnie niezrozumiałe, przyda się czasem odrobina wyobraźni, która pozwoli nam ‘mieć serce i patrzać w serce’. Ta wyobraźnia pozwoli nam nie tylko zinterpretować  niepojęte, ale i dostrzec, że nie dzieli nas aż tak wiele od Hawajczyków, na których natknął się kapitan Cook.

Wolność a gorset społeczny
Z opisów, dostępnych w prasie, sprawa wyglądała następująco: jest maj 2008 roku, nie zaczął się jeszcze na dobre sezon kanikuły, a na szczecińskim kąpielisku Arkonka dwie panie opalają się, ubrane jedynie w dolną część stroju plażowego. Nikogo to nie wzrusza prócz dwóch czujnych stróżów prawa, którzy najwyraźniej zaintrygowani widokiem, a być może zgorszeni, nakazują im przywdziać biustonosze. Kiedy panie odmawiają, policjanci wypisują im mandat, którego one nie przyjmują. W efekcie policja posyła wniosek o ukaranie obydwu kobiet za opalanie się topless do sądu grodzkiego, który uznaje ich winę, daje naganę i obciąża kosztami procesu.  Jedna z osób odwołała się i niedawno Sąd Okręgowy w Szczecinie uniwinnił obie kobiety, albowiem uznał, że czyn nie był nieobyczajny, gdyż postępowanie plażowiczek nie wywoływało ani oburzenia, ani zgorszenia innych osób, zażywających tam słonecznej kąpieli. Ta z pozoru błaha scenka obyczajowa ilustruje ważne zjawisko życia jakiejkolwiek grupy, dotyczące określenia zachowań dopuszczalnych obyczajowo, zakresu kontroli społecznej, a tym samym granic naszej wolności. Jak się okazuje, praktyki społeczeństw bywają w tym względzie różne, co pokazuje, że to co dopuszczalne jest w dużej mierze kwestią umowy społecznej. Wolność nie jest nam dana i dozuje ją społeczeństwo. Wolność ma swoje symbole, za pomocą których możemy zarazem o nią walczyć. W okresie stalinizmu był szereg „zbrodni”, za które karano niezwykle srodze. Na śmierć skazywano nie tylko za ciężkie przestępstwa pospolite, ale i za wyimaginowaną zdradę stanu czy szpiegostwo, a nawet - jak pokazują dokumenty sądowe z roku 1951 - za „bikiniarstwo”. To ostatnie było stylem życia, naśladującym jakoby burżuazyjne, amerykańskie i zachodnioeuropejskie wzory. Instytut Historii PAN w 2001 roku wydał pracę „Walka z amerykańskim zagrożeniem w okresie stalinowskim” autorstwa Zbigniewa Romka. Dowiadujemy się z niej m.in., że za bikiniarstwo, połączone z drobnymi kradzieżami, dwóch młodych ludzi skazano na kary wieloletniego więzienia, a dwóch chciano powiesić. Władza ludowa okazała łaskawość, zamieniając później śmierć na dożywocie. Najwyższe wyroki zapadały też za jeżdżenie taksówkami, chodzenie na dansingi i czytanie prasy zachodniej! Jak pisze Leopold Tyrmand, nawet kolorowe skarpetki kłuły w oczy komunistycznych władców, a jazz był owocem zakazanym. Mary Douglas, brytyjska antropolożka społeczna, pokazała zależności między kontrolą grupy nad jednostką a wolnością myślenia na osi współrzędnych. Ze schematu tego wynika, że grupy, w których mamy do czynienia z silną kontrolą zachowań, jednostki podzielają jednocześnie światopogląd restrykcyjny. Każdy ma robić, co należy, ale i myśleć tak, jak wszyscy. W grupach tego typu istnieje sztywna struktura społeczna, a życie pełne jest nakazów i zakazów. Wśród społeczności plemiennych tacy byli np. Tallensi z Ghany w okresie kolonialnym. Każdy wiedział w co i kiedy ma się ubrać, jak się czesać oraz co z kim spożywać. Norma stała ponad wszystkim, natomiast buntownicy wymagali kuracji rytualnej. Podobne zależności znajdujemy w przednowoczesnych społeczeństwach chrześcijańskiej Europy, w których sztywna struktura społeczna szła w parze z restrykcyjnym wymogiem podzielania tego samego światopoglądu. Najmniejsza nawet herezja oznaczała w konsekwencji śmierć lub ekskomunikę. Rzecz jasna znano i –  w ówczesnym raju dla cudzoziemców jakim był Polska – tolerowano inne wyznania, np. Żydów, ale własna grupa musiała być zwarta i społecznie, i ideologicznie. Jedność ideową władzy i poddanych wyrażała słynna formuła cuius regio, eius religio, czyli czyj kraj, tego religia. Spór o sposób żegnania się dwoma lub trzema palcami na zawsze podzielił wyznawców prawosławia na starowierców i zwolenników reformy patriarchy Nikona. Ci pierwsi, chcąc się żegnać i modlić się po swojemu, zostali skazani na banicję i musieli szukać schronienia poza Rosją. Jak widać, w porządku takim nie ma miejsca na odstępstwo, a przejawy akceptacji innego sposobu myślenia należy niszczyć w zarodku, gdyż burzy on strukturę.

Douglas przeciwstawia powyższemu modelowi społeczeństwo Pigmejów z tropikalnych lasów Zairu. Tworzą oni luźne grupy, których skład jest płynny, a w życiu codziennym istnieje przestrzeń dla indywidualnych poczynań i swobodnej interpretacji wydarzeń. Wierzenia są słabo określone, tabu, zakazów i nakazów jest niewiele. Okazuje się, że funkcjonowanie grupy nie wymaga jedności światopoglądowej, wręcz by jej szkodziło. Myślenie jest sprawą prywatną jednostki i wyrażające je zachowania nie pociągają za sobą kary, ani nie gorszą.

Odpowiedniki obydwu modelowych społeczeństw z łatwością znajdujemy w naszym współczesnym świecie. Są kraje i regiony, w których, poniekąd jak u Tallensi, brak brody lub wąsa u mężczyzny może oznaczać dla niego karę chłosty, a publicznie odsłonięta twarz kobiety równać się może jej śmierci. Istnieją społeczeństwa z całą surowością odnoszące się do zachowań uwłaczających władzy i etyce, czy będzie ona religijna, czy socjalistyczna. Widać dyktatura proletariatu stanowiła podobny, „ikoniczny” typ kultury. Każdy ma postępować tak, jak nakazuje norma społeczna, zaś spójność zachowań jest odzwierciedleniem jedności moralnej i światopoglądowej. Śmierć bikinarzom, bo nie myślą jak należy! Gołym piersiom mówimy stanowcze nie! Wszelako nieobcy jest nam także porządek typu pigmejskiego. Jego zręby odnaleźć można w ponowoczesnym społeczeństwie liberalnym opartym na dużej swobodzie myślenia i działania. Zachowania jednostek ogranicza właściwie jeden warunek, ten mianowicie, że nie narusza ono praw i wolności innych osób. Kwestią konsensusu jest choćby norma, że w miejscach publicznych nie pokazujemy się nago, bo przecież nie każdy musi znajdować przyjemność w oglądaniu naszej tuszy i ukrytego w niej przyrodzenia. Niemniej ubiór jest sprawą dowolną, a kolorowe skarpetki, fikuśne fryzury bądź frywolne kapelusze są dopuszczalne. W naszym społeczeństwie, niejako na pograniczu i budząc kontrowersje, lokuje się kwestia opalania się topless w miejscach do tego stosownych. Ciekawe, iż dotyczy ten problem jedynie kobiet, albowiem u panów toleruje się paradowanie rozebranym do pasa nawet w centrach dużych miast. Czyżby kolejny, acz nie identyfikowany jako taki przejaw dyskryminacji płci? Co więcej, w społeczeństwach liberalnych myśleć możemy jak chcemy, a nawet mówić, co chcemy, jeśli tylko nie obrażamy czyjejś godności. Nie podważa to solidarności grupowej. Współcześni bikiniarze nie wadzą systemowi, bo nie ma związku między ich postępowaniem a ładem społecznym. Przeszkadzają jedynie tym, którzy myśląc „ikonicznie” uważają, że zachowanie i myślenie inne od ich własnego jest naruszeniem im tylko znanego „porządku kosmicznego”. Jak wiemy, także w pluralistycznym społeczeństwie liberalnym przejawów takiego myślenia nie brakuje. Widzą oni bezbożników we wszystkim: w noszących się inaczej, w żyjących w konkubinacie, w wyznających inną religię lub w niewierzących w żadnego boga, w chorych na AIDS bądź w Unii Europejskiej. Postawy totalitarne nie skończyły się w naszej części świata wraz ze śmiercią Stalina. W czasach „Beatelsów” kosmyk dłuższych włosów wciąż wywoływał zgorszenie. Nie chodzi wcale o komunistyczną władzę jedynie, lecz i o postawy społeczeństwa. Jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku w moim liceum dyrekcja tępiła włosy dłuższe od zapałki. Byłem jednym z nielicznych burzących porządek. Dyrektor, broniący polityki obyczajowej władzy ludowej w szkole, lecz pewnie też szczerze tak myślący, nie chciał, by uczniowie wyglądali jak małpy. Zrugany odpowiedziałem, iż wobec tego małpy tworzyły też naukę, jak choćby Kopernik, którego wizeurnki z okazji przypadającej wówczas pięćsetnej rocznicy wisiały w szkole wszędzie. Batalia o wolność noszenia długich włosów została wygrana i następnej jesieni trudno już było z daleka rozróżnić w szkole chłopaka od dziewczyny. I co? I nic, świat się nie zawalił. Niemniej, może był to przejaw czujności, ponieważ dla systemów integralnych ustępstwa takie są początkiem erozji władzy autorytarnej. Jeszcze na początku lat 80. Jurij Andropow, jeden z dwóch krótkotrwałych I sekretarzy Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, w swym wystąpieniu przestrzegał, by młodzież nie stroiła się w ideologicznie i kulturowo obce dżinsy. Słusznie bał się, że jak się usunie kamyk, to można uruchomić lawinę. Jak widać zarówno obfitość stroju, jak i długość włosów wiązać się mogą z kwestią wolności. Włosy to z punktu widzenia symbolicznego bardzo wygodny środek wyrażania postaw i myśli, albowiem łatwo nimi manipulować. Charles Hallpike, kolejny antropolog, twierdził na przykład, że obcięcie włosów jest wyrazem kontroli społecznej. W tradycji chrześcijańskiej, na przykład, znani są dwojakiego rodzaju mnisi, pustelnicy, zwani anachoretami, oraz asceci, nazywani cenobitami. Ci pierwsi żyją samotnie, zapuszczają długie, zmierzwione włosy, nie obcinają paznokci, no i nie są przez nikogo kontrolowani. Św. Hieronim, który tak często pojawia się w ikonografii chrześcijańskiej, obrazuje ten przypadek. Cenobici są typowymi mnichami zakonnymi, włosy mają krótko obcięte lub całkowicie zgolone, podlegają regule zakonnej i władzy przełożonych. Na miejscu będzie przywołanie postaci św. Augustyna. Tradycyjna tonsura u księży, całkiem częsta w Polsce w połowie ubiegłego wieku, oznaczała również podporządkowanie się hierarchii kościelnej. Podobna reguła dotyczy zakonnic, które skrzętnie skrywają swe włosy. Z kolei w tradycji buddyjskiej mnisi mają ogolone głowy, a fakirzy, osoby „zapominające” o bożym świecie, nie znają słowa fryzjer lub cyrulik, a grzebienia wystrzegają się jak diabeł wody święconej. Biblia zna szereg podobnych przykładów, a tutaj przytoczę tylko dwa. W Księdze Rodzaju Ezaw jest łowcą i nosi długie włosy, a Jakub, jego brat, jest człekiem „ogładzonym” i ma włosy ostrzyżone. Prorocy Eliasz i Jan Chrzciciel żyją na pustyni i przedstawiani są zawsze z długimi włosami i w skórach zwierzęcych z sierścią. Tego rodzaju myślenie o długich włosach przetrwało w naszej kulturze przez wieki. Funkcjonował w krajach słowiańskich zwyczaj oczepin panny młodej, który polegał na włożeniu jej włosów pod czepiec. Rzadko dziś praktykowany oznaczał nie co innego, jak podporządkowanie kobiety władzy męża. Tylko panny mogły nosić włosy długie, zwykle uplecione w warkocz. Chcąc spotkać się z papieżem kobieta zawsze musi choćby symbolicznie przykryć swą głowę. Kilka elementów tej symboliki relacji społecznych, w szczególności podporządkowania się grupie lub czyjejś władzy, zachowało się w naszym pozareligijnym życiu do dziś. Zapytać można, co robi się z włosami osoby osadzonej w więzieniu, rekruta w armii czy inicjowanego do gangu młodzieżowego? Przestaje więc dziwić, że bikiniarze i długowłosi drażnili i wciąż drażnią tu i ówdzie wszelką władzę, dążącą do monopolu światopoglądowego, bo, jak Tallensi, reformatorzy religijni i srodzy strażnicy moralności socjalistycznej bądź postsocjalistycznej, nie tolerują oni wszyscy wyrażanej przez to swobody. Podchodząc do sprawy z innej strony, zapytać z kolei możemy, u kogo dziś zwyczajowo tolerujemy długie włosy. Są to artyści, ludzie wolnych zawodów, kontestatorzy, tacy jak hipisi, ludzie młodzi oraz niezależni intelektualiści. Powie ktoś, że obecnie to raczej kwestia mody i utożsamiania się z określonymi trendami w kulturze. Pewnie ma i rację, bo włosy i ubiór – jak się rzekło – to poręczny materiał symboliczny do wyrażania naszych postaw i buntownikom chodzi często o to, by zadeklarować swoją odrębność wobec standardu i to nawet w tak przewrotny sposób, jak obcięcie włosów „na zero”. Niemniej postawa wobec tak z pozoru marginalnych zachowań symbolicznych, jak włosy i strój, jest probierzem społecznej akaceptacji dla odmienności i różnorodności. Nie sposób uniknąć polemik, niemniej przestrzegałbym przed wszelkiego rodzaju „ortodoksami”, którzy zawsze znajdą dla swego poglądu rację. Pamiętać przeto należy, że Nikonowie, talibowie, szczecińscy policjanci z kąpieliska Arkonka, poplecznicy „czystości rasowej”, obawiający się „końca cywilizacji białej rasy”, obrońcy „jedynie słusznej wiary”, „jedności ideowej” i „zwierania naszych narodowych szeregów” są obecni w każdym społeczeństwie. Swą misję postrzegają jako nieustające robiene porządku wśród „dzikich Pigmejów”, długowłosych, nieprzyzwoicie ubranych i nieprawomyślnych. Triumf ich poglądów narzucanych innym ma być warunkiem budowy prawdziwego szczęścia i wolności dla wszystkich. Tymczasem bezmyślne i ortodoksyjne ich aplikowanie jest kwintesencją zamrożenia inicjatywy i mobilności społecznej, bezsensownym ograniczaniem wolności oraz prowadzi do zniewolenia umysłów.

„Inni” a Murzynek Bambo
Któż ze starszego pokolenia nie zna jednego z popularniejszych wierszy „Bambo”, autorstwa Julina Tuwima, z dawnego  elementarza: „Murzynek Bambo w Afryce mieszka, czarną ma skórę ten nasz koleżka”. Dalej mowa w nim o tym, że jak jego mama chce mu dać do wypicia mleka, no to on „na drzewo ucieka”, a kiedy wzywa go do kąpieli, to „on się boi, że się wybieli”. W kilku z pozoru niewinnych strofach całe pokłady rasizmu. Czarnoskóry chłopiec, tak jak wielu z nas jego białych rówieśników, niekoniecznie lubi mleko, ale jego skóra zawsze pozostanie czarna, no i w razie niebezpieczeństwa ucieka tam, skąd pochodzą jego protoplaści. Z jednej strony taki on do nas podobny, ale z drugiej to przecież „tylko” Murzyn. Rzecz jasna, to nie jedyny przykład, unaoczniający nasze myślenie o innych niż europejskie ludach. Piętaszek z powieści Williama Dafoe Robinson Crusoe albo Kali z Pustyni i w puszczy Henryka Sienkiewicza, to następne postacie znane z popularnych lektur szkolnych. Do dziś wielu światłych ludzi używa w polemikach argumentu, że to co głoszą inni, to efekt „logiki Kalego” albo że ktoś kaleczy język jak ów – nomen omen – Kali. Ktoś, w odróżnieniu od racjonalnego Anglika z wiktoriańskiej Anglii, może też być naiwny, dziecinny, niesforny i kapryśny jak Piętaszek.  Karmieni od dzieciństwa wyobrażeniami tego typu stajemy się bezwiednie wyrazicielami, a tym samym nosicielami i utrwalaczami poglądów, klasyfikujących ludzi według kryterium rasowego i miejsca pochodzenia. Podmiotem takiego myślenia okazuje się także Jarosław Kaczyński, który jakiś czas temu przywoływał Gabon jako przykład... no właśnie, przykład czego? Z tego, co słyszałem, niczego, zaś Gabon służy mu po prostu jako narzędzie do deprecjonowania poczynań przeciwników politycznych. W tym celu jednak prezes PiS uruchamia pokłady naszych popoularnych wyobrażeń o Afryce i innych krajach tzw. Trzeciego Świata. Już samo sformułowanie „trzeci” nie jest neutralne. Z początku miało odnosić się do państw, nie będących ani rozwiniętymi krajami kapitalistycznymi, ani krajami socjalistycznymi. W efekcie okazało się etykietą świata, który był nie tyle niezaangażowany, co nie na tyle bogaty, by być postrzegany jako „pierwszy” bądź chociaż  jako „drugi”. W końcu socjalistyczne Mozambik lub Angola nie były nigdy zaszeregowane do grupy krajów drugiego świata. Murzyni i Afrykanie nie mogli jeszcze w drugiej połowie dwudziestego wieku należeć do ligi nieco samozwańczych uprzywilejowanych. W jakiego rodzaju kontekstach pojawia się Gabon? Dowiedzieć się możemy na przykład, że słynie ponoć z produkcji orzeszków ziemnych, które są podstawą jego gospodarki, że to niezbyt wielkie państwo afrykańskie, no i że nie musimy się spodziewać ataku militarnego z jego strony. Wiele z tych „faktów”, w szczególności dotyczących orzeszków, okazało się całkowicie wydumanych i zabierający w tej sprawie głos mieli mgliste pojęcie nawet o tym, gdzie Gabon się znajduje. Wszystkim wypowiedziom towarzyszyły zawsze mniej lub bardziej tajone uśmieszki. Cała sprawa bawiła też dziennikarzy, którzy z nutą ironii pokazywać zaczęli gabońskich raperów. Zaskakiwało ich, że w tak egzotycznym kraju istnieje telewizja równie sprawna, co TVN24, a statystycznie czterech mieszkańców na pięciu ma telefony komórkowe. Oazą pokoju w tej części Afryki rządzi od 42 lat nieprzerwanie ten sam prezydent – nie dające się spełnić marzenie naszych rodzimych polityków. Rzecz jasna, panowie Kaczyński, Gosiewski i Cymański nie są jedynymi osobami, które sięgają do tego rodzaju, podszytej europejskim poczuciem wyższości, metaforyki. Poseł Palikot chce tam ekspediować swego adwersarza, myśląc pewnie, że Gabon, podobnie jak Mars, to miejsce, gdzie można wyrzucić nieudaczników. To tak zresztą, jak przedwojnni nacjonaliści, którzy chcieli posłać Żydów na Madagaskar. Z kolei nie tak dawno uderzać mogło nachalne powoływanie się na Bangladesz Andrzeja Leppera i kilku innych byłych posłów. Dla niego, nie wiedzieć czemu, to właśnie państwo jawiło się jako negatywny prototyp wszystkiego, czego winniśmy unikać. „Tu nie jest jakiś tam Bangladesz”, grzmiał nawet z sejmowej trybuny loklany heros kulturowy; „za to jedynie w Bangladeszu możliwe jest to, co dziś dzieje się w polskiej służbie zdrowia“, twierdził podczas wizyty w Poznaniu w lutym 2005 roku. Nie wspominał nic o poziomie merytorycznym tamtejszych parlamentarzystów. Ciekawi mnie, skąd się bierze tego rodzaju megalomania narodowa, z którą już dawno starali się walczyć Jan Stanisław Bystroń i Witold Gombrowicz. Wypowiedź o orzeszkach ziemnych brzmi tak, jakby to nie mógł być produkt równie wartościowy, co każdy inny, który się po prostu sprzedaje, choćby guma do żucia czy chipy komputerowe. Czymże jest bowiem orzeszek przy takim pokaźnym buraku lub ziemniaku, na których budowana jest potęga polskiego rolnictwa? Niczym! Czymże jest stosunkowo niewielki afrykański Gabon przy takiej „potężnej” europejskiej Polsce? Mało ważnym organizmem politycznym z zaledwie półtoramilionową populacją. Czymże jest militarna moc Gabonu wobec naszych narodowych sił zbrojnych, niosących pokój w innych krajach Trzeciego Świata, od Czadu po Afganistan? Też niczym, czego należałoby się bać i bardziej winniśmy drżeć przed Marsjanami. Czymże, wreszcie, jest  taki Bangladesz w porównaniu z krajem mlekiem i miodem płynącym, rozciągającym się między Bugiem i Odrą? Niewyobrażalną nędzą. Polska to zaiste pępek świata, który takim jest przez sam fakt, że żyją w niej wielkie intelekty, zdolne wypowiadać tego rodzaju słowa i podzielające takie opinie. To prawda, że w tym spontanicznym etnocentryzmie i nieuświadamianym poczuciu wyższości nie jesteśmy odosobnieni. Europa przez wieki kreowała się na ideał cywilizacji, a biały człowiek miał być ucieleśnieniem wszelkich cnót: inteligencji, pracowitości, moralności i gustu. Wiara chrześcijańska nie miała sobie równych, albowiem sam w sobie monoteizm ma przewagę nad fetyszami innych religii, a islam dyskredutuje się przez obskurantyzm i wielożeństwo. Rodzina monogamiczna ma być „naturalną” wręcz ramą dla cywilizowanej prokreacji i życia w małych grupach, a to zwykła nieprawda. Nauka, jakby nie było wykwit myślenia europejskiego, jest najskuteczniejszym sposobem zmagania się z otaczającą nas rzeczywistością, które daje panowanie nad światem materialnym. Wynalazki techniczne, takie jak muszkiety i karabiny maszynowe, statki parowe i pociągi pancerne, przyniosły nam władzę nad innymi, którzy byli zbyt słabi, by nam się oprzeć. Czyż to nie namacalny dowód tego, że cywilizacja Zachodu jest lepsza od innych? Świadczy to też rzekomo niezbicie  o wyższości Białych nad innymi, którzy nie potrafili stworzyć tak zaawansowanych technologicznie i sprawnie zorganizowanych biurokratycznych społeczeństw. Poniekąd w duchu chrześcijańskiego prozelityzmu czyniono więc nie tylko ziemię poddaną, ale i podporządkowywano sobie bezwzględnie mieszkające tam grupy. Niewolnictwo stawało się w ten sposób w pełni uzasadnioną formą eksploatacji ludzi, których przez stulecia charakteryzowano używając pojęć analogicznych do opisu zwierząt w naukowym celu sklasyfikowania ich w systemie Linneusza. Proszę mi wierzyć, że porównywnie mieszkańców Afryki do małp, jako wręcz brakującego ogniwa ewolucji było nieco ponad wiek temu praktyką nagminną. Takie było przesłanie teorii ras Gobineau. Ślady takiego myślenia znajdujemy dziś w kretyńskich dowcipach o Innych, których nie będę tu powtarzał, by ich nie powielać a zarazem nie nobilitować. Echem takiego rozumowania jest też przywoływanie przykładów afrykańskich, latynoamerykańskich czy indochińskich społeczeństw jako alter ego nas samych, jako wzbudzających litość bądź wywołujących śmiech, bo ponoć tak dalece odbiegają od „normy”, naszej normy. Ta ostatnia jawi się przy tym jako europejski „metr z Sevres”, jako uniwersalna miara do mierzenia ludów i ich ustrojów społeczno-gospodarczych. Nic bardziej zaściankowego.  Zupełnie inną ideą tłumaczącą ekspansję i panowanie była niekiedy sentymentalna misja oświecania maluczkich tego świata. Po latach zmagań motywowanych Biblią abolicjonistów zniesiono niewolnictwo jako usankcjonowaną i nieskrywaną formę panowania nad Innymi. Przypomnę, że w różnych krajach europejskch uczyniono to dopiero w pierwszej połowie XIX wieku, a w Stanach Zjednoczonych w drugiej jego połowie. Niemniej dominację otwartą łatwo zastąpiono bardziej wyrafinowaną jej formą – poglądami o wyższości kulturowej Białych. Dominacja objawiała się w jakoby nie dających się przekroczyć różnicach, które usprawiedliwiały apartheid i inne sposoby dyskryminacji, znane wciąż w południowych stanach USA w latach 60., a w RPA jeszcze na przełomie lat 80. i 90. XX wieku! Połudnowoafrykańska wolność od zadekretowanych form rasizmu jest właściwie równolatką III Rzeczpospolitej. Miliony Zulusów, Herero, Kosa i Mdebele do dziś pamięta czasy, kiedy w przestrzeni publicznej były miejsca przeznaczone tylko dla Białych. Tak samo niektórzy Polacy pamiętają napisy „nür für...” Najbardziej trwałe są jednak utajone, często nieuświadamiane, pozornie niewinne formy hierarchizowania ludzi, społeczeństw i kultur. Często tworzą one złożone kompleksy nawarstwiających się opinii, poglądów, oczywistości. Tworzą dyskursy, które z trudem dają się zmieniać, również w krajach szczycących się brakiem kolonialnych tradycji. Ich odpryskiem są opinie niby niewinne, takie jak te o Gabonie i Bangladeszu, lecz w istocie wpisujące się w dzieło podtrzymywania etnocentrycznie stanowionych nierówności. Dlatego trzeba je zawsze ujawniać i z całą mocą dyskredytować, zwłaszcza jeśli na ich zapleczu dopatrzeć się można podtekstów rasowych. W kraju, w którym ludzie są tak wrażliwi na działanie hegemonii kulturowej, umożliwiającej tworzenie wybrażeń narodów lepszych i gorszych, mentalną mapę miejsc i ludzi mniej i bardziej wartościowych – np. Europy zachodniej i wschodniej – jest to szczególnie istotne. Łatwo wzdragamy się w sytuacjach, gdy inni obrażają naszą godność. Nie chcemy być krajem w którym rządzi król Ubu ze sztuki Alfreda Jaretta, oburzamy się na dowcipy o ginących samochodach, znajdowanych w Polsce, lub na rodzaj humoru Haralda Schmidta. Niektórzy oburzali się, gdy ich porównywano do kartofli. Być może milczeliby, gdyby zamiast tego rysowano orzeszki ziemne i pisano wierszyki w rodzaju „Polaczek Pyra nad Wartą mieszka”. Jak widać, zaleca się jednak wzajemność i symetrię w traktowniu innych ludzi oraz samego siebie i warto pamiętać o starej jak świat zasadzie: nie czyń bliźniemu, co tobie niemiło.

---

Jak się rzekło, te trzy motywy są jedynie swobodnym komentarzem do tego albumu. Istotnych spraw dałoby się wskazać więcej: młodość, różnice pokoleniowe, nabożność, konsupcjonizm, świętowanie... Czytelnicy sami będą mogli dopisać swe głosy, albowiem Polska, jak każdy inny kraj, jest źródłem niewyczerpanych insipiracji dla tych, którzy ją rozumieją. By móc to pokazać, trzeba taki kraj kochać, umieć go czytać i przedstawić tak, by obraz ów był intrugujący dla innych. Niełatwa to sztuka, lecz Mariuszowi Foreckeimu z pewnością się udała.

Michał Buchowski

---

Michał Buchowski, profesor antropologii społecznej na UAM w Poznaniu oraz na Uniwersytecie Europejskim Viadrina we Frankfurcie n. Odrą. Był m.in. stypendystą Fulbrighta, Kościuszki i Humboldta na wielu uczelniach (Cambridge, California, Vriginia, Kansas, Berlin), pracował także dla Centre Nationale de la Recherche Scientifique w Paryżu i Centre Marc Bloch w Berlinie. Był Visitng Professor na uniwersytetach Rutgers w New Jersey i Columbia w Nowym Jorku. Zajmuje się antropologią systemów wierzeniowych i transformacji postsocjalistycznej. Jest autorem ponad 120 artykułów w książkach oraz czasopismach polskich i zagranicznych, opublikował kilka książek, m.in.: Racjonalność. Translacja. Interpretacja (1990), Magia i rytuał (1993), Reluctant Capitalists (1997), The Rational Other
(1997), Rethinking Transformation (2001) i  Zrozumieć Innego (2004). Współredagował m.in. The Creation of the Other in Central Europe (2001) i Poland Beyond Communism (2001). Jest Prezydentem European Association of Social Anthropologists oraz Prezesem Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego.



Copyright © 2009 Mariusz Forecki,  Trojka Design                        Projekt współfinansowany przez Samorząd Województwa Wielkopolskiego

`